Po zwiedzaniu Czerwonego Krzyża pojechaliśmy na warsztaty archeologiczne. Na początek jakiś pan opowiadał nam jak daaawno temu ludzie robili żelazo, opowiadał nam to pod dachem, pokazywał stary piec i grudki żelaza. Następnie poszliśmy na zajęcia na dworze. Najpierw rozpalaliśmy ogień tak jak kiedyś ludzie, poprzez świder. Miał jedną linkę, za którą się ciągnęło raz z jednej, raz z drugiej strony.
Potem poszliśmy do jakiejś pani, która się spytała, czy kogoś po ciągnięciu liny bolą ręce. Nikogo nie bolały, a pani wytłumaczyła nam, że ta maść, którą trzyma, spowodowała by koniec bólu.
Następnie u tej samej pani robiliśmy mąkę, tak jak dawniej. Robiliśmy ją poprzez tarcie kamieniem o pszenicę, ubijanie pszenicy i mieleniu jej jakimś kamiennym kółkiem z doczepionym patykiem.
Kiedy skończyliśmy robić chleb, trafiliśmy do wikliniarza. On opowiedział nam jak plecie się koszyki z wikliny, że wiklina przechowywana w różny sposób ma różne kolory, i pozwolił kupować koszyczki!
Kolejny przystanek to był garncarz. Robiliśmy razem z nim kubeczki i miseczki, a w chacie obok kupowaliśmy gliniane pamiątki.
Przed ostatnią atrakcją było robienie żelaza. Wsypywaliśmy rudą żelaza do wielkiego pieca, a potem dmuchaliśmy do niego miechem ( popsuła się jakaś linka, ale pan ją naprawił ). Następnie rozgrzewaliśmy żelazo w piecu, stukaliśmy je młotkiem, zakręcaliśmy, a ja je ostudziłam. wyszedł ładny zawijasek.
Na koniec weszliśmy na młyn. Gdy zeszliśmy, pojechaliśmy do hotelu, by zjeść obiado-kolację i przenocować.
NASTĘPNY POST O MOJEJ WYCIECZCE POJAWI SIĘ W NAJBLIŻSZĄ ŚRODĘ!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz